Trwa ładowanie...
d2mledd
19-07-2010 11:29

Mechaniczna pułapka ludzkości

Share
d2mledd

Hollywood ma mały problem z tworzeniem filmów akcji z lekką diagnozą społeczną w tle. Nie udało się z „Gamerem”, który przesadził odrobinkę z akcją, ilością krwi i wybuchów. „Surogaci” nie idą co prawda w ślady produkcji z Gerardem Butlerem, ale nie znaczy to, że film jest dobry. W niedalekiej przyszłości możliwe jest tworzenie mechanicznych odpowiedników ludzi. Każdy może kupić sobie taki model, jaki chce i z domowego zacisza nim sterować. Ulice pełne są więc pięknych, wysokich, młodych awatarów.

Tę sielankę przerywa morderstwo. Ktoś strzela do robota z dziwnej broni, co prowadzi do śmierci jego operatora. W społeczeństwie, w którym prawie każdy podłączony jest do mechanicznej wersji siebie takie coś nie może ujść na sucho. Do sprawy przydzielony zostaje Bruce Willis, który niezbyt dobrze czuje się w lśniącej wersji. W ogóle ma problem z nowym, wspaniałym światem. Wolałby przytulać prawdziwą żonę, a nie tę sztuczną. Zniszczenie jego robota zmusza go do wyjścia we własnej skórze na zewnątrz i rozwiązanie tej sprawy jako człowiek, a nie puszka sterowana mózgiem.

Trop wiedzie do grupy nienawidzącej maszyn, która żyje sobie w getcie pozbawionym wszelkich udogodnień XXI wieku. Wariatami tymi rządzi samozwańczy Prorok, wieszczący rychłą rewolucję. Oczywiście, okazuje się, że nie wszystko jest takie, jakie się wydaje na początku, a technologia zamiast nieść zbawienie prowadzi ludzkość w mroczną, ślepą uliczkę. „Surogaci” to właśnie taki typowy hollywoodzki film akcji z fantastycznonaukowym tłem. Szkoda tylko, że ani jedno, ani drugie tutaj nie dominuje. Za mało tu jest akcji, aby przyćmić kiepsko rozwinięty motyw science-fiction. Za mało science-fiction, aby mogło to ujść

Bruce Willis wydaje się w tym filmie jakiś obojętny. Twórcy nie pozwalają mu za bardzo na rozwinięcie skrzydeł w scenach akcji. Największym minusem „Surogatów” jest właśnie takie zawieszenie między kinem akcji a filmem stawiającym prostą diagnozę społeczeństwa technokratycznego. Chodzi więc taki smutny Bruce Willis, każą mu coś tam grać twarzą, a nie pozwalają biegać i strzelać. Przecież w „Die Hard 4.0” udowodnił, że może jeszcze niszczyć z szelmowskim uśmiechem na twarzy helikoptery za pomocą rozpędzonych samochodów.

d2mledd

Niewątpliwym plusem filmu jest podwójna rola Willisa. Możemy sobie popatrzeć na jego wersję sprzed 20 lat, wypacykowanego gościa z dziwną grzywką. Zabawy tej jednak starcza może na pierwsze pół godziny filmu, a widz z ulgą wita większy udział „prawdziwego”, łysego, zmęczonego życiem Willisa na ekranie. Twórcy z lubością pokazują nam różnice między mechanicznymi wersjami postaci a samymi bohaterami, podkreślając sztuczność świata. Nie idą jednak o krok dalej, a przecież sam pomysł aż się o to prosi. Zamykają społeczny aspekt filmu w problemie wyalienowania współczesnego człowieka za zasłoną z technologii.

d2mledd
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2mledd
d2mledd