Trwa ładowanie...
d4irom7
Aktualności

Naziści z księżyca, czyli jak przestałem się zastanawiać i zobaczyłem „Żelazne niebo”

Share
d4irom7

Jak zrecenzować film, którego siła tkwi w zakończeniu, tak by nie zepsuć nikomu seansu? Z pomocą przyjdzie mi tu niekwestionowany mistrz kina – Stanley Kubrick – wraz ze swoim, trochę już zapomnianym, dziełem – „Dr Strangelove, czyli jak przestałem się martwić i pokochałem bombę”. Ktoś zapyta: „co naziści z Księżyca mogą mieć wspólnego z Kubrickiem?” Zdecydowanie więcej niż może się na pozór wydawać. Ale po kolei.

Z materiałów promocyjnych „Iron Sky” wyłania się obraz kina klasy C, stworzonego w bliżej nieokreślonym celu. Nic bardziej mylnego. Już na etapie produkcji film Timo Vuorensola wzbudzał ogromne emocje. Budżet opiewał na 7,5 mln euro, z czego ponad milion pochodził od fanów, zaintrygowanych samym pomysłem. A jest on nie tyle oryginalny, co ekscentryczny. Kiedy w 1945 roku zbliża się nieuchronny koniec III Rzeszy, naziści zakładają tajną bazę na ciemnej stronie Księżyca. Ponad 70 lat później decydują się na kolejną próbę przejęcia władzy nad światem…

Tak w skrócie prezentuje się historia przedstawiona w „Iron Sky”. Natomiast zwiastun rozwiewa już wszelkie wątpliwości – na pewno nie będzie to „poważne” kino. I takie też nie jest. Obraz Vuorensola to bardziej utwór zrobiony „przez fanów i dla fanów”, niż kolejny blockbuster made in USA. A jest to plus sam w sobie. Dlaczego? Bo nie ma nic lepszego niż film powstały z czystej i pięknej w swej prostocie miłości do X Muzy. Tylko trzeba umieć to docenić, a na to z pewnością nie wszyscy odbiorcy są gotowi.

d4irom7

Fenomen fińskiej produkcji w istocie jest bardzo specyficzny. Oczywiście campowy punkt wyjścia i otoczka nazisploitation oraz udział profesjonalnych aktorów skutecznie podgrzało atmosferę przed premierą. Jednak to właśnie bezpośrednie zaangażowanie internautów i to na niespotykaną dotąd skalę sprawiło, że obraz stał się sensacją ostatniego Berlinale, a fani w sieci skrupulatnie śledzili poczynania filmowców. Każdy był ciekaw efektu niemal zdalnej pracy grupy osób „skrzykniętych” przez internet. Dużą rolę odegrała tutaj platforma wreckamovie.com, gdzie wszyscy zainteresowani mogli wnieść do filmu tyle, ile byli w stanie. Od imion poszczególnych postaci, po komputerowe trójwymiarowe modele statków kosmicznych.

Karkołomnego zadania koordynacji całego przedsięwzięcia podjął się Timo Vuorensola, „prywatnie” lider black metalowego zespołu Älymystö. No i tutaj zaczynają się lekkie schody. Reżyseria jest miejscami naprawdę ciężka i toporna. Widać pewne ubytki warsztatowe (głównie w płynności narracji), ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Vuorensola jest bezapelacyjnie na dobrej drodze i jeśli zaangażuje się równie mocno w następny projekt co w „Iron Sky”, to na pewno powstanie „dzieło” warte uwagi.

Od strony fabularnej także można znaleźć pewne braki, jeśli już decydujemy się na dokładną analizę. Niektóre wątki zostają wprowadzone i potem urwane, a kolejne pojawiają się nie wiadomo skąd. Warto jednak zastanowić się, jak to wszystko wpływa na odbiór filmu. Czy „Iron Sky” wyreżyserowany po bożemu (czytaj „po amerykańsku”) i z idealnym scenariuszem miałby ten sam urok amatorskiej produkcji klasy C? Zdecydowanie nie. To właśnie niedociągnięcia stanowią główną moc „Żelaznego nieba” i tworzą niepowtarzalny klimat małego-wielkiego kina. Dlatego też film spokojnie można nazwać najbardziej amatorską spośród profesjonalnych produkcji, bądź najbardziej profesjonalną spośród amatorskich. Każda definicja jest poprawna. I warto mieć tego świadomość przed seansem. Bo twór Vuorensola, jak pisałem wcześniej, jest skierowany do fanów/koneserów kina. Tych wszystkich, którym klimat grindhouse’u i Eda Wooda nie jest obcy. Pozostali niekoniecznie dadzą się porwać nazistom i po przeczytaniu kilku pozytywnych opinii mogą
wyjść z kina rozczarowani.

Przechodząc do kolejnego punktu, czyli aktorstwa. Jest ono zaskakująco dobre. Julia Dietze jako Renate Richter – idealistyczna nazistka z misją szerzenia pokoju, wypada bardzo przekonująco. A dodatkowym plusem jest wyjątkowo niearyjska uroda owej damy, która w połączeniu z mundurem… Lepiej przekonajcie się na własne oczy, czy to w galerii fotosów czy w kinie. Także Götz Otto jako złowrogi Klaus Adler ma swoje mocniejsze sceny i ciężko mi wyobrazić sobie lepszego aktora w tej roli. Zarówno aparycja jak i miejscami przesadna mimika stworzyły obok Hansa Landy, jednego z bardziej charakterystycznych ekranowych nazistów w ciągu ostatnich kilku lat. Lekkie zastrzeżenia mogę mieć do gry Christophera Kirby’ego, który na początku chyba nie potrafił odnaleźć się w konwencji (choć to obecnie niebezpieczne słowo…) i dopiero po akcji z wybielaczem zaczął naprawdę grać.

d4irom7

Drugi plan również nie ustępuje w niczym pierwszemu. Pani prezydentowa jest przerysowana i mimo że niektórzy recenzenci krytykują jej zbyt wielką ekspresję, to jednak idealnie komponuje się z resztą filmu. Natomiast z góry uprzedzam, że fani Uda Kiera będą zawiedzeni zepchnięciem jego udziału niemal na margines całej opowieści.

Co można powiedzieć o efektach specjalnych? W produkcji science fiction odgrywają one dużą rolę (czasami nawet za dużą) i tutaj należą się brawa dla twórców „Iron Sky”. Ingerencja komputera nie została nadmiernie wykorzystana i nie biła po oczach, jak to na ogół ma miejsce w wielu tego typu filmach. Ujęcia statków kosmicznych czy latających spodków wydają się „naturalne” i służą tylko opowiadaniu historii, a nie popisywaniu się drogimi komputerami za kilka milionów. Amerykanie mogliby się wiele nauczyć od fińskiego twórcy.

Zbliżając się do końca recenzji należy skonfrontować obraz Timo Vuorensola ze wspomnianym wcześniej „Dr Strangelovem” Stanley’a Kubricka. Oba filmy mają to do siebie, że są satyrą na amerykański sposób załatwiania konfliktów zbrojnych. O ile jeszcze dzieło mistrza jest idealnie wyważone pod względem humoru, to „Iron Sky” przez 95% seansu jawi się jako komedyjka sci-fi, by dopiero zakończeniem pokazać swoją prawdziwą – refleksyjną twarz. A późniejsze napisy końcowe w rytm bardzo klimatycznego i pełnego melancholii kawałka „Under the Iron Sky” dodają tylko jeszcze smaku goryczy.

Pozwalając sobie na małą dygresję; zaskakujący jest fakt, jak niewielu recenzentów zestawia ze sobą film Vuorensola i Kubricka. Otwarte nawiązania, jak choćby scena z „odnowionym” Jamesem Washingtonem na wózku inwalidzkim, potwierdzają tylko, że twórcy filmu otwarcie inspirowali się „Dr Strangelovem”. Kwintesencją tego jest właśnie zakończenie „Iron Sky”, będące w rzeczywistości wariacją na temat niezrealizowanej przez Kubricka sceny wieńczącej jego satyryczny obraz z 1964 roku. No cóż, jestem świadom, że poza „Odyseją kosmiczną” i ewentualnie „Lśnieniem” pozostałe filmy genialnego reżysera nie cieszą się zbytnią popularnością wśród „generacji X”, a szkoda.

d4irom7

Podsumowując krótko: „naziści z kosmosu” nie urzekną każdego, ponieważ są wysokobudżetową, ale wciąż amatorską produkcją, która jednak momentami wybija się zdecydowanie ponad swój poziom. Każdy, kto zdecyduje się na seans z czystej ciekawości – „jak wygląda film stworzony przez internautów” - nie powinien się rozczarować. A żeby dorzucić coś specjalnego na sam koniec – zaryzykuję stwierdzenie, że każdy, kto teraz chciałby zacząć przygodę z realizacją amatorskich produkcji filmowych, MUSI obejrzeć „Iron Sky”. Dlaczego? Bo oglądanie samych arcydzieł nie uczyni z nas filmowego geniusza, czasem trzeba zobaczyć błędy i niedociągnięcia, aby wiedzieć, czego się wystrzegać. Warto też przyjrzeć się ciekawym pomysłom i rozwiązaniom „Żelaznego nieba”, a nade wszystko ujrzeć pasję, której współcześnie wielu twórcom zwyczajnie brakuje.

d4irom7

Podziel się opinią

Share
d4irom7
d4irom7