Trwa ładowanie...
Materiał powstał dzięki uprzejmości Kino Świat

Podwórko, trzepak i Fiat 126p, czyli jak smakował PRL. Relacja z premiery filmu "Zupa nic"

Do kin trafi niebawem długo wyczekiwany film Kingi Dębskiej, będący prequelem hitu "Moje córki krowy". Mieliśmy okazję być na przedpremierowym pokazie, na którym nie zabrakło gwiazd produkcji – w tym oczywiście samej reżyserki.

Share
                                Fot:
d3aybq4

Pamiętacie słodko-gorzkie perypetie Marty i Kasi, w których role wcieliły się Agata Kulesza i Gabriela Muskała? Tym razem przenosimy się do czasów dzieciństwa głównych bohaterek, które dorastając w czasach PRL-u, poznają różne smaki dzieciństwa. Film "Zupa nic" nie jest jednak wehikułem czasu, który żeruje na stereotypach albo polityce. To opowieść o miłości i ludzkich relacjach, a także o tym, że zamiast mięsa, czekolady czy mebli wypoczynkowych mamy po prostu siebie.

Witamy z powrotem w 1984 roku

Przedpremierowy pokaz filmu "Zupa nic" odbył się 19 sierpnia w warszawskim Multikinie w Złotych Tarasach. Wśród zgromadzonych gości byli m.in. główni aktorzy, czyli Kinga Preis, która wcieliła się w postać Eli Makowskiej, pielęgniarki, która przewodniczy zakładowej "Solidarności", a także Adam Woronowicz (jako Tadek) – mąż Eli, stale upokarzany przez system inteligent, który po pracy pędzi bimber i po cichu zazdrości opływającemu w dobrobyt szwagrowi. Ewa Wiśniewska zagrała babcię dziewczynek – zamiast bajek przed snem opowiada im powstańcze historie. Siostry, wokół których toczy się główna część fabuły, zostały zagrane przez Barbarę Papis (jako Marta) oraz Alicję Warchocką (jako Kasia). Oprócz tego w filmie mogliśmy zobaczyć Rafała Rutkowskiego (jako Zenek, brat Eli), a także Katarzynę Kwiatkowską, która wystąpiła w roli jego żony Lucyny. Na premierze nie zabrakło rzecz jasna Kingi Dębskiej, która choć kręciła w ciągu ostatnich lat różne filmy ("Zabawa, zabawa", "Plan B") mimo wszystko nadal nie potrafiła zapomnieć o rodzinie Makowskich. Co więcej, pracując nad tą historią, nadała jej nowej głębi.

– Z założenia "Zupa nic" to prequel filmu "Moje córki krowy", ale z drugiej strony można to odebrać jako zupełnie odrębną historię. To opowieść o dwóch dziewczynkach, które mieszkają razem z rodzicami oraz babcią i przeżywają różne perypetie. Nie będę ukrywać, że początkowo współpraca z dziećmi była dla mnie wyzwaniem. Na co dzień, pracując z osobami dorosłymi mam już wypracowane pewne schematy, którymi się posługuję, natomiast młodsza obsada wymagała zupełnie innego podejścia. Zwłaszcza, kiedy główna rola idzie w parze z ekranowym debiutem, jak było w przypadku jednej z dziewczynek. Zależało mi na tym, by znaleźć takie dzieci, które można by określić mianem "niedzisiejszych". W trakcie kręcenia filmu staraliśmy się odtworzyć każdy szczegół z tamtej epoki, zarówno jeśli chodzi o scenografię, jak i kostiumy. Wykorzystując rekwizyty, użyliśmy autentycznych przedmiotów z lat 80 – wyznaje Kinga Dębska.

Zupa nic
m(Fot: )a(Fot: (Fot: (Fot: )c(Fot: )c(Fot: )x(Fot: )c(Fot: )Fot:

Trzeba mieć w życiu swoje "wtedy "

Głównym prelegentem kinowego pokazu był Artur Andrus, znany dziennikarz, artysta kabaretowy i autor piosenki promującej film. Z racji tego, że słynie on ze wspaniałego poczucia humoru idącego w parze z talentem poetyckim, bez najmniejszego trudu wprowadził nas za kurtynę epoki PRL.

d3aybq4

– Doskonale pamiętam lata 80-te i to nie tylko ze względu na swój pesel. To były czasy, o których dziś opowiadamy w szczególny sposób, poniekąd komediowy, ale i z nutą nostalgii. Kiedy Kinga zaproponowała mi napisanie piosenki do filmu, z przyjemnością przyjąłem zaproszenie. Wspólnie z Łukaszem Borowieckim, który zrobił muzykę, oraz wokalistką Moniką Borzym, stworzyliśmy oficjalny teledysk promujący "Zupę nic". Co więcej okazało, że po tylu latach nadal można bez trudu wsiąść do Fiata 126p, a nawet z niego wysiąść! Ciekaw jestem, jak odbiorą ten film młodzi ludzie, dla których pewne rzeczy mogą wydawać się wręcz fikcją. A prawda jest taka, że tak to wtedy wyglądało. I dzięki temu filmowi każdy może odnaleźć to swoje "wtedy" do oglądania się za siebie – mówi Artur Andrus.

Maluch, strogonow i futrzane szaliki

Wbrew pozorom "Zupa nic" nie jest przesłodzoną historyjką, lecz pełnoprawną komedią obyczajową ku pokrzepieniu serc. Mimo tego, że na ekranie dochodzi do różnych scysji, nieporozumień, nawet pewnych upokorzeń, film zostawia po sobie zdecydowanie pozytywny posmak. To opowieść o dojrzewaniu, o tym że Marta i Kasia wyrosną za kilkadziesiąt lat w kobiety, które znamy z 2015 r. Ich rodzice Tadek i Ela starają się być dobrymi rodzicami, ale nie zawsze im to wychodzi. Podobnie zresztą jak w handlu, gdy próbują za wszelką cenę wyjechać zagranicę i robić futrzane interesy. Albo kiedy na osiedlu pojawia się nowy Fiat 126p – przedmiot pożądania wielu polskich rodzin.

– Uważam, że Kinga znakomicie oddała realia tamtej epoki. Dokładnie tak wyglądało ówczesne życie. Trzeba było stać w kolejkach, zdobywać jedzenie, walczyć o każdą rzecz. W dodatku temu wszystkiemu towarzyszyła, jak wiadomo, polityka. Grana przeze mnie postać w dużym stopniu reprezentuje polskich przedsiębiorców, których pejoratywnie określano mianem badylarzy. Zenek dorobił się na wielu różnych interesach, mieszka w luksusowym domu, a jego legitymacja partyjna to jeden z powodów konfliktów rodzinnych. Można powiedzieć, że zarówno on i jego żona, a także Makowscy, uosabiają pewien wzór typowej polskiej rodziny z lat 80. – mówi Rafał Rutkowski.

Zupa nic
Fot:

Eliksir, jakiego dziś potrzebujemy

Kiedyś mieliśmy tak niewiele, ale mieliśmy przynajmniej siebie. Dziś w dobie pandemii to właśnie uczucia i relacje wydają się być towarem deficytowym. Mówi się że PRL to szara epoka, ale paradoksalnie ten świat był znacznie bardziej kolorowy.

d3aybq4

– Oczywiście, że brakowało wielu rzeczy. Nie można było tak łatwo kupić niektórych produktów spożywczych, a na jeansy polowało się głównie w Pewexie. Mam jednak wrażenie, że tamten świat obfitował w coś zupełnie innego niż teraz. Fakt posiadania przyjaciela czy bycie "królem" podwórka liczyło się bardziej niż rzeczy materialne. Wtedy byliśmy naprawdę kreatywni. Przysłowiowa zabawa patykiem dawała mnóstwo frajdy, a zwykły śmietnik w mgnieniu oka potrafił stać się fortecą nie do zdobycia lub statkiem kosmicznym. Na tym w dużej mierze polegał urok dzieciństwa lat 80. – wspomina Adam Woronowicz.

Mimo że "Zupa nic" rozgrywa się w czasach kojarzonych z ogólną szarością PRL-u, Kinga Dębska nie chciała powielać wizualnych schematów innych filmów osadzonych w tej dekadzie. Jak sama podkreśla, to jej pierwszy film historyczny, w którym akcja rozgrywa się w świecie, którego już nie ma. Całe szczęście udało się wskrzesić ducha minionej epoki. Ekipa inspirowała się zdjęciami różnych fotografów z lat 80., a niektóre kadry są wręcz odtworzeniem prac Chrisa Niedenthala. Wojtek Żogała dał mieszkaniu Makowskich kultową boazerię, makatki, meblościankę, wannę, a nawet glazurę, zaś Emilia Czartoryska zadbała o odpowiednie kostiumy. Być może właśnie dzięki temu tak łatwo jest nam powrócić do przeszłości, a młoda widownia może prawie namacalnie doświadczyć tego, jak było kiedyś.

– Wiem, że to modne, by mówić o toksycznym dzieciństwie i traumach, które w człowieku zostały przez nieodpowiednie traktowanie ze strony rodziców i znajomych, ale chciałabym powiedzieć, że mimo to możemy być szczęśliwi. Ważne, żebyśmy polubili siebie z dzieciństwa, żebyśmy polubili swoją kanciastość. Bo każdy z nas jest trochę kanciasty, trochę pokręcony – mówi reżyserka. I dodaje: Ten film miał być trampoliną do szczęśliwych momentów w życiu każdego z nas. Uważam, że po trudnym czasie przedłużającej się pandemii potrzebujemy jakiegoś eliksiru, który nas uzdrowi, doda sił, witalności, nadziei. Wierzę, że "Zupa nic" stanie się przynajmniej dla części widzów takim eliksirem.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
Materiał powstał dzięki uprzejmości Kino Świat
d3aybq4

Podziel się opinią

Share

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d3aybq4
d3aybq4