Trwa ładowanie...

Bez braw dla Koterskiego

Share
Bez braw dla Koterskiego
d3f24i6

Za nami czwarty, przedostatni dzień pokazów filmów konkursowych na tegorocznym, XXXI FPFF w Gdyni. Jak dotąd publiczność nagrodziła oklaskami tylko trzy filmy. Były to: „Chaos” Xawerego Żuławskiego, „Jasminum” Jana Jakuba Kolskiego i „Plac Zbawiciela” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauze. Po dzisiejszym dniu do oklaskiwanych obrazów dołączyli „Statyści” Michała Kwiecińskiego.

Przedostatni dzień konkursu obfitował w różnorakie gatunki filmowe. Rozpoczął się projekcją „Hieny” Grzegorza Lewandowskiego. Obraz balansuje między thrillerem a horrorem, choć mimo wszystko więcej tutaj z tego pierwszego gatunku. Grzegorz Lewandowski wykorzystał dziecięce lęki „Małego” (Jakub Romanowski)
, który stracił ojca (Borys Szyc)
w wypadku w kopalni, by poprzez tę soczewkę ukazać biedę panującą na Śląsku. *Zobacz, co we czwartek działo się w festiwalowej GdyniZobacz, co we czwartek działo się w festiwalowej Gdyni* Scenariusz Lewandowski oparł po części na własnych doświadczeniach: dzieciństwa wśród śląskich kopalni, wczesnego półsieroctwa, chłopięcych lękach, obawach i historyjkach, jakie układał wraz z kolegami na temat pobliskiej mogiły dziewczynki.

Film ten nie zachwyca, ale i też nie odłożyłabym go na półkę z napisem NAJGORSZE. Jest to dość udany obraz z ciekawymi zdjęciami (Arkadiusz Tomiak)
utrzymanymi w przyćmionej, przybrudzonej kolorystyce, kręcone bardzo często w nieoświetlonych obszarach czy też podczas mroków nocy. W całości obrazu widać wpływ japońskich horrorów. Zresztą reżyser przyznaje się do sympatii, którą żywi do tego rodzaju kina.

d3f24i6

W tym filmie przeszkadza troiste wydanie Borysa Szyca. Rozumiem, że aktor doskonały, jednak... Szyc jako ojciec, Szyc jako mężczyzna sprzedający lody, Szyc jako tytułowa Hiena. Której twarzy Szyca wierzyć i czy w ogóle jakiejkolwiek można wierzyć? Jeden aktor w różnych rolach, mimo doskonałej gry, czyni ten obraz mało autentycznym i mniej intrygującym.

Zaskoczył mnie, znany publiczności od pięciu miesięcy, film Marka Koterskiego „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Spodziewałam się kina poważnego, mądrego, zaangażowanego w problemy społeczne, w tym wypadku również problemy samego reżysera i... Otrzymałam bardzo dobry, poruszający film o alkoholizmie, zmaganiach z rzeczywistością, rozpadzie rodziny, upadkach ojca i syna.

Konfesja Koterskiego jest dla mnie filmem istotnym do tego stopnia, że pozwolę sobie zacytować w tym miejscu Edwarda Kłosińskiego (zdjęcia): „Ukłony i wielka atencja dla” reżysera za dramat jednostki, problem społeczny i nadzieję, jaką zostawia nam, widzom, na zakończenie całej opowieści.

Dziwi mnie, że przy tak dobrym obrazie, choć może nie najlepszym z tych, jakie mieliśmy okazję obejrzeć dotychczas na XXXI FPFF, nie rozległy się brawa publiczności. Cisza na sali, cisza podczas konferencji prasowej. Być może spowodowane jest to faktem istnienia filmu na ekranach kinowych od kilku miesięcy? Być może już dostał wielokrotnie swoja porcje braw od publiczności i dziennikarzy? Niemniej jednak szkoda, że tej projekcji nie nagrodzono oklaskami. Braw nie szczędzono „Statystom” Michała Kwiecińskiego. Przyznam, że w pełni należały się one i reżyserowi, i ekipie filmowej. Reżyser opowiada nam w przezabawny sposób historyjki osobowe statystów, którzy biorą udział w chińskiej produkcji filmowej. Jest śmiesznie, małomiasteczkowo, czasami przebłyskują tu i ówdzie smaczki a la te z komedii czeskich z lat 60.

d3f24i6

Jak powiedział Michał Kwieciński, miała to być komedia z mnóstwem skeczy, jednak im dalej w las, tym bardziej obraz ewoluował i z braku pieniędzy na realizację „statyści” stali się tragikomedią pastelową (określenie reżysera). Wykpiwa się tutaj chińskie obrazy filmowe, gra słowem, stereotypami (księgowa zołza, fotograf z przylizanymi włosami itp.) Całości towarzyszy doskonała obsada: Bartosz Opania, Dorota Romantowska, Kinga Preis, Stanisław Brudny, Krzysztof Kiersznowski.

Ekipę „Statystów” mogę pochwalić nie tylko za ciekawą komedię, ale również za poczucie humoru wykazywane podczas konferencji prasowej, jak i tłumne przybycie na nią.

No i przyszła pora na „Samotność w sieci” Witolda Adamka, która już dzisiaj wchodzi do kin. Z ciężkim sercem przyznaję, że film Adamka to totalny niewypał. Rozumiem, że książka Janusza Leona Wiśniewskiego do dzisiaj wzbudza dyskusje, targa emocjami czytelników, bo sama po nią sięgnęłam, wzruszyłam się do łez i na jakiś czas zagościły we mnie refleksje na temat tego, co napisał Wiśniewski w „Samotności w sieci”, jednak... Po co ten film? No po co, pytam.

Gwiazdorska obsada: Magdalena Cielecka (Ewa), Andrzej Chyra (Jakub), Kinga Preis, sporo nowinek technicznych wykorzystanych podczas zdjęć i niestety 134 minuty nudy. O ile autor powieści i współautor scenariusza określa Internet jako śmietnik, w którym można odnaleźć perłę, ja ośmielę się powiedzieć, że ten film nie należał do pereł tegorocznego konkursu o Złote Lwy.

d3f24i6

Film można by śmiało skrócić. Przydałoby się też nieco go ożywić, bo istnieje niebezpieczeństwo, że widz zdrzemnie się, o ile nie uśnie, podczas projekcji. Kolejna pułapka to montaż (Milenia Fiedler). Jeśli ktoś nie czytał powieści, może zagubić się w epizodycznych wstawkach, retrospekcjach z życia Jakuba. Widz nie będzie wiedział po co i o czym takie wtręty mówią i co mają przekazać. Cóż, nie pomogli świetni aktorzy, dobre chęci... oraz urokliwa oprawa muzyczna.

Film Adamka do pereł nie należ. Ani razu nie targa emocjami widza tak, jak robiła to książka. Wczorajszego dnia perłami byli: „Statyści” (kinowa premiera 13. X 2006 r.) oraz „Wszyscy jesteśmy Chrystusami”. Choć nadal w mojej opinii nic nie przebija „Placu Zbawiciela”.

d3f24i6

Podziel się opinią

Share
d3f24i6
d3f24i6