Bogusław Linda: Podpatrywanie życia
Bogusław Linda znów gra w filmie Macieja Ślesickiego. Film nazywa się „Trzy minuty”, jest trylogią złożoną z trzech osobnych części i stanowi obraz współczesnej Polski zbudowany wokół wydarzeń (częściowo fikcyjnych), jakie miały miejsce tydzień po śmierci papieża.
Czy „Trzy minuty” choć w części zmienią wizerunek aktora, największego twardziela polskiego kina, stworzony przez takie obrazy, „Zabij mnie, glino”, „Sara” i przede wszystkim „Psy”?
**
Od dawna skarży się pan na brak ciekawych propozycji i mówi, że dlatego czasem gra z konieczności. Rozumiem jednak, że „Trzy minuty” to nie konieczność, lecz wybór – innymi słowy wreszcie pojawiła się interesująca propozycja. Tak?**
Tak. „Trzy minuty” to film fabularny, pełnometrażowy, ambitny, starający się widzowi powiedzieć coś ciekawego, a aktorowi dający możliwość coś ciekawego zagrać, a nawet stanowiący prawdziwe wyzwanie.
**
Wiedząc, że jeden z bohaterów jest gangsterem, myślałem, że wcieli się w niego właśnie pan, ale nie. Sam pan wybrał postać malarza nadal tocząc walkę ze swoim klasycznym wizerunkiem?**
Na tyle się zestarzałem, że z tym wizerunkiem już nie muszę toczyć walki (śmiech). Dostałem dwie postaci do wyboru, jednakże z naciskiem reżysera, bym zagrał właśnie malarza. I był to nacisk na tyle mocny, że praktycznie nie miałem wyboru (śmiech).
**
Maluje pan na planie?**
Mój malarz w tym filmie akurat nie ma wiele wspólnego z malowaniem – jest nawet gorzej, ale na czym to dokładnie polega nie mogę mówić, bo wiąże mnie tajemnica.
**
Pomysł na „Trzy minuty” wywołał we mnie pewne skojarzenia z Kieślowskim, które pan jak mało kto – czyli jako aktor Kieślowskiego – może zweryfikować…**
Jest w tym coś, ja również czytając scenariusz pomyślałem o Krzysztofie. Chodzi o pewien schemat opowieści o życiu w różnych wariantach, o punkt wyjścia, o klimat. Choć oczywiście realizacja pomysłu różni się tak, jak różnią Maciek od Krzysztofa. No i jak różni dziś od przedwczoraj.
**
Można pana nazwać „aktorem Ślesickiego”? Bo to, poczynając od „Taty”, nie pierwsza wasza wspólna praca…**
Myślę, że można. Cenimy się wzajemnie. **
A czy pan w kontekście reżyserowania własnych filmów podpatruje reżyserów, u których gra, uczy się od nich?**
W jakiś sposób tak, choć może bardziej podświadomie niż świadomie. Ale oba te filmowe zawody polegają przecież na podpatrywaniu życia, więc skłamałbym odpowiadając przecząco. A najwięcej nauczyłem się od mojego przyjaciela Krzysztofa Olechowskiego, który robił doktorat z Witkacego kiedy ja byłem na studiach w Krakowie, i który opowiadał mi o filmach amerykańskich, o szkole Lee Strasberga i jego „metodzie” grania, wtedy stanowiącej dla nas czystą abstrakcję.
**
„Trzy minuty” nie są filmem religijnym, jednak zapytam o religię w pana życiu, bo o niej nie mówił pan publicznie.**
Nie mówiłem, ponieważ to sprawa prywatna – i niech tak zostanie.
**
Czy widzi pan w młodym pokoleniu poważnego kandydata na swojego następcę, na kolejne ogniwo w narodowym łańcuchu Cybulski – Olbrychski – Linda?**
Każda bezpośrednia odpowiedź na to pytanie niesie implikacje, których chcę uniknąć, więc proszę mnie nie ciągnąć za język. Ale mówiąc o braku ciekawych scenariuszy mówiłem też o tym, że młodzi aktorzy mają trudne warunki do pokazania swoich prawdziwych możliwości. Taka jest współczesność, takie są czasy. No bo jak można w telenoweli budować postać, na którą zupełnie nie ma się wpływu, jako że nie wiadomo, co stanie się z nią trzy odcinki do przodu – ożeni się czy rozwiedzie?
**
Pana w telenoweli nie zobaczymy?**
Telenowele mnie z wyżej opisanych przyczyn nie interesują, natomiast gry w serialach – ale prawdziwych, tworzących zamkniętą całość – nie ma powodu się wstydzić. A już zwłaszcza takich jak kiedyś „Crimen” czy niedawno „Prawo miasta”. **
A w komedii romantycznej?**
Jeżeli byłaby ciekawa, jeżeli byłoby się z czym aktorsko zmierzyć – nie widzę najmniejszego problemu. W końcu ten zawód polega na graniu „wszystkiego co się rusza”.
**
Chcę jeszcze zapytać o pana – to już chyba się nie zmieni – życiową rolę, czyli o „Psy”. Dlaczego zaczął się pan od niej odcinać?**
Nigdy się od niej nie odcinałem.
**
No to cytat: „Ten Franz Maurer już mnie prześladuje”.**
To co innego. Bo w pewnym momencie dosłownie wszystko co zrobiłem jako aktor zaczęło być postrzegane w kontekście tej roli. Zrobiła się wręcz histeria. I jeśli zagrałem na przykład w „Tacie” Maćka Ślesickiego, pisano że „macho gra z dzieckiem”. A teraz pewnie będą pisać „Franz Maurer gra malarza”. Natomiast „Psy” uważam nie tylko za jeden z najważniejszych swoich filmów, ale i jeden z najważniejszych polskich filmów w ogóle.
**
Kim dzisiaj byłby Franz Maurer?**
Krawcem w małym miasteczku. Poważnie, mieliśmy z Władkiem Pasikowskim taki pomysł, że Franz i jego koledzy, teraz trochę degeneraci, usiłują zrobić ostatni skok na kolekturę Totalizatora Sportowego. To bardzo dobry scenariusz był.
**
Chcieliście Franza zabić czy tylko ośmieszyć?**
Chcieliśmy pokazać spsienie „Psów” w sensie tego, co dalej dzieje się z ludźmi, o których opowiada pierwsza i druga część filmu.
**
A będzie trzecia?**
Nie zanosi się.
**
Jest szansa, by rola w „Trzech minutach” choć w części zdjęła z Bogusława Lindy odium Franza Maurera?**
Wątpię. Oba te filmy mają ze sobą tak niewiele wspólnego, idą w tak różne strony, że są po prostu niekompatybilne.
**
Dziękuję za rozmowę.**