Trwa ładowanie...

Cate Blanchett dla WP. "Mój mąż powiedział żartem: Ciesz się, masz przed sobą 5 lat. Jeśli ci się uda"

W kinach możemy oglądać "Tár" Todda Fielda. W tytułową rolę dyrygentki wcieliła się Cate Blanchett. W rozmowie z Yolą Czaderską-Hayek mówi o swojej kreacji, zatracaniu się w roli, a także sytuacji kobiet w Hollywood. - Czasy się zmieniły, oby na lepsze, ale nadal niektóre stare nawyki w tej branży pozostały - mówi Wirtualnej Polce aktorka.

Yola Czaderska-Hayek i Cate BlanchettYola Czaderska-Hayek i Cate BlanchettŹródło: Materiały prasowe, fot: Armando Gallo for the HFPA
d48n7qx
d48n7qx

Yola Czaderska-Hayek: Gratuluję Złotego Globu za wybitną rolę w filmie "Tár". Być może niedługo będę mogła ci pogratulować też Oscara. Nieczęsto zdarza się oglądać tak przejmujący dramat psychologiczny, który szarpie nerwy niczym horror.

Cate Blanchett: Ciekawe, że ten film skojarzył ci się akurat z horrorem. Rzeczywiście, są w tej opowieści elementy kina grozy. Główna bohaterka sprawia wrażenie, jakby nawiedzały ją jakieś nieczyste siły. Ewidentnie coś – albo ktoś – ją prześladuje, nie daje jej spokoju. Tym czymś jest jej przeszłość. Dawne uczynki, o których chciałaby zapomnieć. Lydia odcięła się od nich grubą kreską, wyrzuciła je z pamięci i ułożyła sobie życie na nowo. Postanowiła wykorzystać swój niebywały talent i zaistnieć w świecie muzyki, jakby w nadziei, że obcowanie ze sztuką uczyni z niej inną, lepszą osobę. Ale to nie takie łatwe, jak się wydaje. 

Na wykreowanym przez bohaterkę wizerunku co chwila pojawiają się kolejne rysy. Zaczyna się od jej 50. urodzin. To na ogół czas podsumowań, zwrotu ku przeszłości. Lydia jest na samym szczycie, można powiedzieć, że dotarła na sam Olimp. Dyryguje orkiestrą symfoniczną w Berlinie, wydaje autobiograficzną książkę, no i wkrótce ma spełnić jedną ze swoich największych zawodowych ambicji: nagrać wykonanie V symfonii Mahlera. A ze szczytu droga prowadzi wyłącznie w dół. I tak się właśnie dzieje. Jak gdyby jakieś potężne siły uwzięły się na nią, by strącić ją z piedestału. 

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że podobieństwo "Tár" do horroru jest czysto powierzchowne i to zbyt daleko idące uproszczenie. Ale skoro nawet tobie ten film kojarzy się z opowieścią grozy, to możemy trzymać się tego tropu. 

d48n7qx

Ależ groza z pewnością jest obecna w tym filmie, tylko – jakby to ujął Todd (Field, reżyser "Tár" - Y. Cz.H.) - w dawkach homeopatycznych. Na planie bardzo pilnował, by nie przekroczyć pewnego poziomu i gdy tylko czuł, że posunął się za daleko, decydował: "Ten kawałek muszę wyciąć".

Nie każdego filmowca stać na taką konsekwencję i przyznaję, że to jeden z powodów, dla których uważam Todda za wybitnego reżysera. Dbał o to, by w filmie znalazły się tylko te elementy, które były niezbędne dla opowieści, bez nadmiernego epatowania grozą. Ale może właśnie dlatego, że jest ona tak subtelnie zasygnalizowana, tym silniej odczuwa się jej obecność.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Premiery kinowe 2023. Na te filmy czekamy!

Bohaterka filmu to skomplikowana, niejednoznaczna postać. Z czasem odkrywamy jej kolejne oblicza, poznajemy jej przeszłość. Acz nawet mimo to trudno ją ocenić. Kim ona właściwie jest? To znaczy, według ciebie.

Kiedy ogląda się "Tár", ma się wrażenie, że podgląda się kogoś w bardzo niekomfortowej, nieprzyjemnej sytuacji. Ale na tym polega urok filmów Todda. Pozwalają nam zajrzeć w głąb czyjejś duszy, przyjrzeć się psychologicznym machinacjom, jakie rozgrywają się w drugim człowieku. Kiedy zaczęłam czytać scenariusz Todda, zresztą pięknie napisany, już od pierwszego słowa wiedziałam, że bohaterka jest pełna komplikacji. Tylko nie wiedziałam, jak do niej podejść, na czym polega jej problem. "Tár" to opowieść o przemianie, o procesie zachodzącym w człowieku. I na podobnej zasadzie procesem była także praca nad filmem.

d48n7qx

Lydia ma wiele oblicz, ale niezależnie od tego, które z nich akurat musiałam odwzorować, uchwyciłam się jednej rzeczy: to jest osoba, która porzuciła swoje prawdziwe "ja" i za wszelką cenę postanowiła stać się kimś innym. To był dla mnie klucz do tej postaci. I w gruncie rzeczy jest to uniwersalne, bardzo ludzkie zachowanie.

Nie trzeba być wcale dyrygentką orkiestry symfonicznej, żeby zgubić gdzieś własną tożsamość. Lydia kryje w sobie wiele sprzeczności, ale jak powiedział Todd w którymś z wywiadów, ta bohaterka jest wieloma postaciami naraz. Kiedyś była etnomuzykologiem i prowadziła badania nad pieśniami plemion znad rzeki Ukajali. A potem stanęła na czele orkiestry w Berlinie grającej Mahlera. To zupełnie różne światy i nie wiadomo, jak je pogodzić. Ale właśnie cała sztuka polega na tym, że Toddowi w scenariuszu udało się wydobyć te wszystkie niuanse wynikające z rozbieżności między tymi dwiema profesjami.

Podejrzewam, że wielokrotnie zadawałaś sobie pytanie: kim jest Lydia Tár. A czy przy okazji tych rozważań pojawiło się także pytanie: kim jestem ja sama?

Oczywiście. I tak naprawdę wciąż nie znalazłam na nie odpowiedzi. Bez przerwy się zmieniam, bez przerwy odkrywam siebie na nowo. Nigdy nie postrzegałam własnej tożsamości jako ustalonej raz na zawsze. Ogromnie podoba mi się w ludziach ta zdolność do nieustannej przemiany, do stawania się kimś innym. Dotyczy to zarówno jednostek, jak i całych zbiorowości. Dzięki tej umiejętności jest jeszcze nadzieja dla świata. Być może będziemy jeszcze w stanie zapobiec katastrofie…

d48n7qx

Co do filmu, wielokrotnie zastanawiałam się, co mnie łączy z Lydią. I zdałam sobie sprawę, że właściwie z każdą z bohaterek mogłabym się w jakiś sposób utożsamić. Może z wyjątkiem Franceski (asystentka Lydii, w którą wciela się Noémie Merlant – Y. Cz.-H.), bo nigdy nie byłam niczyją asystentką. Chociaż czasami mam wrażenie, jakbym była asystentką mojej 14-letniej córki, ale to zupełnie inna sprawa.

Myślę, że słowem, które pozwala rozszyfrować postać Lydii, jest zaufanie. Albo raczej jego brak. To jest kobieta, którą ktoś przed laty bardzo, bardzo skrzywdził. I przez to ma ona poważny problem, by komukolwiek zaufać. Możliwe nawet, że nie jest w stanie już w ogóle się na to zdobyć, stąd jej instrumentalne podejście do ludzi.

Każdy z nas, jak sądzę, przeżył kiedyś rozczarowanie, każdego z nas ktoś kiedyś zawiódł. Ale każdy radzi sobie z tym inaczej, zależnie od okoliczności. Starałam się zrozumieć Lydię i wielokrotnie rozmawiałam z Toddem na jej temat. Była to o tyle komfortowa sytuacja, że przed wejściem na plan odbyliśmy kilka prób ze scenariuszem, aby rozwiać różne wątpliwości. Todd ma taką właśnie metodę pracy, za którą go cenię. Doszliśmy do porozumienia, że problemem Lydii jest niemożność przebaczenia dawnych krzywd. I właśnie dlatego nie potrafi o nich zapomnieć, wciąż ją prześladują. Przebaczenie to coś, na co nie każdy potrafi się zdobyć… Tylko nie wiem, czy to jest właściwie odpowiedź na twoje pytanie.

To nie jest pierwszy film, w którym zagrałaś lesbijkę. Wcześniej była choćby "Carol" (dramat Todda Haynesa z 2015 r. - Y. Cz.-H.). Czy odgrywanie postaci LGBT jest dla ciebie jakoś szczególnie ważne, szczególnie w dzisiejszych czasach, gdzie dyskryminacja widoczna jest na każdym roku?

Nie szafowałabym tak bardzo słowem "ważna", szczególnie w odniesieniu do dzieła filmowego. Nie uważam sztuki za narzędzie edukacji. My tylko kręcimy film, a co ludzie zrobią po jego obejrzeniu, to już nie zależy od nas. Todd kiedyś ładnie to ujął: "Film może wiele osób zgorszyć, może kogoś obrazić, kogo innego zainspirować, można go upolitycznić, rozebrać na czynniki pierwsze, analizować, dyskutować o nim, ale my nad tym wszystkim nie panujemy". To się dzieje już bez naszego udziału. Nakręciliśmy ten film, bo odczuwaliśmy taką potrzebę.

d48n7qx

Natomiast nie sądzę, by ktokolwiek z nas przychodził na plan z intencją pouczania widzów. To dziwne, ale ani płeć, ani orientacja głównej bohaterki nie miały zupełnie dla mnie znaczenia. To po prostu opowieść o ludzkich sprawach. O człowieku. I wydaje mi się, że to dobry znak, iż film, który w dawnych czasach mógłby może wzbudzić skandal, dziś wchodzi na ekrany jako zwykły dramat psychologiczny. Tak naprawdę dopiero kiedy zaczęliśmy udzielać wywiadów, dziennikarze zwrócili uwagę, że to historia o kobietach. A my na to: "Cholera, faktycznie". Wcześniej po prostu ta kwestia nie rzuciła się nam w oczy.

Dla nas była to przede wszystkim historia o ludziach. To samo mogę powiedzieć o "Carol". Nie nakręciliśmy tego filmu z nastawieniem: patrzcie, jaki gorący temat! Ale dlatego, że była to ciekawa historia z intrygującymi postaciami. Oczywiście zawdzięczamy to przede wszystkim znakomitej powieści Patricii Highsmith, której film jest adaptacją. To była chyba pierwsza książka, która wyłamywała się z dopuszczalnych norm. Z reguły, jeśli autorzy pokazywali kobiety kochające kobiety, to albo popełniały one samobójstwo w finale, albo odkrywały w sobie ostatecznie miłość do mężczyzny.

W "Carol" było inaczej i choćby dlatego można uznać tę powieść za dzieło przełomowe. Ale to wcale nie był główny powód, dla którego powstała ta ekranizacja. Tak naprawdę dopiero po premierze zdaliśmy sobie sprawę, jak ważny ten film stał się dla wielu osób. Dla nas była to przede wszystkim intrygująca opowieść, a to, że w jej centrum znalazły się zakochane kobiety, było dla nas mniej istotne. Nie interesuje mnie agitacja, nie kręcę filmów ze względu na gorące tematy. Kręcę je dlatego, aby pokazać kawałek prawdy o życiu.

d48n7qx

Wydaje mi się, że w przypadku "Tár" nie uciekniemy, niestety, od etykietki filmu o kobietach. Choćby dlatego, że pokazuje on kobietę na stanowisku zarezerwowanym do tej pory tylko dla mężczyzn.

No tak. Todd sam powiedział w którymś momencie, że ten film to taka trochę bajka, ponieważ nie zdarzyło się dotąd, by jakakolwiek kobieta stanęła na czele berlińskiej orkiestry symfonicznej. To zdecydowanie męski świat ze ściśle określoną hierarchią. Panuje przekonanie, że jeśli już kobieta stanie na podium dyrygenta, to wolno jej posługiwać się repertuarem bardziej nastrojowym, romantycznym. Kanon muzyki klasycznej jest zakazany. Ten stan rzeczy ulega przemianie, ale jak na mój gust zbyt powoli.

Moim zdaniem trzeba tę sprawę nagłaśniać, trzeba walczyć o zmiany. Bo tu nie chodzi wyłącznie o kwestie równouprawnienia. Przy tak skostniałym podejściu muzyka klasyczna stanie się martwa, zamieni się w muzeum, do którego nikt nie będzie miał ochoty zaglądać. Każdy nowy dyrygent to nowe podejście do repertuaru, nowa interpretacja. Niektórzy mogą to zapewne porównać do próby wynalezienia koła na nowo, bo przecież repertuar klasyczny jest stały i cóż tu jeszcze można zmienić, ale jeśli nie będziemy podejmować takich prób, muzyce grozi po prostu uwiąd. Homogeniczność, powtarzalność to dla sztuki śmierć.

TAR - pierwszy zwiastun

A jak wygląda pozycja kobiet w twoim zawodzie? Bo mam wrażenie, że nie tylko w berlińskich orkiestrach można napotkać problemy. 

d48n7qx

Z pewnością coś się zmienia. Dawno, dawno temu, u zarania dziejów, kiedy zaczynałam karierę, wejście do świata filmu było dla mnie wielkim przełomem. Pracowałam wtedy w teatrze i nawet mi się nie śniło, że będę występować przed kamerą. Mój mąż powiedział żartem: "Ciesz się, skarbie, masz przed sobą pięć lat. Jeśli ci się uda". I wtedy faktycznie sytuacja kobiet w tej branży była taka, że na więcej niż pięć lat się nie zanosiło. Teraz jest już inaczej i z pewnością zawdzięczamy to w dużej mierze wybitnym artystkom, które przetarły szlak, zarówno za sprawą głównych ról, jak i tych drugoplanowych, które zapadały w pamięć. Ale nie wyłącznie! Jest w tym środowisku także wielu wspaniałych mężczyzn, którzy od lat wspierają kobiety i pomagają na wielu frontach.

Czasy się zmieniły, oby na lepsze, ale nadal niektóre stare nawyki w tej branży pozostały. Na przykład o mężczyznach w tzw. Hollywoodzie – biorę to słowo w cudzysłów – mówi się po prostu jako o mężczyznach, ale gdy pojawi się jakaś kobieta, to koniecznie z określeniem "silna". Jak rozumiem, dlatego, że jest osobą wpływową w branży, a nie dlatego, że jest kulturystką i podnosi gołymi rękami słonie. Choć w sumie to się nie wyklucza. Nadal też trudno nakłonić wielu naszych kolegów po fachu do udziału w rolach drugoplanowych, które my, kobiety, z radością zagramy, jeśli tylko będzie to dobry film u dobrego reżysera. To jest jeszcze do przewalczenia.

Yola Czaderska-Hayek dla Wirtualnej Polski

W najnowszym odcinku podcastu "Clickbait" znęcamy się nad ofertą SkyShowtime (ale chwalimy "Yellowstone"), podziwiamy Brendana Frasera w "Wielorybie" i nabijamy się z polskich propozycji na Eurowizję. Możesz nas słuchać na Spotify, w Google Podcasts, Open FM oraz aplikacji Podcasty na iPhonach i iPadach.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
d48n7qx
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d48n7qx