Trwa ładowanie...
black bear filmfest

Zło wszeteczne i uniwersum perwersji, czyli ostatnie dni 2. Black Bear FilmFest

Share
Zło wszeteczne i uniwersum perwersji, czyli ostatnie dni 2. Black Bear FilmFest
Źródło: Materiały prasowe
d4t7pr0

Czarny Niedźwiedź zapadł już, nie tyle w zimowy, co w całoroczny sen. Przebudzi się 4 grudnia 2015 w stołecznej Kinotece i – miejmy nadzieję – będzie znowu siać postrach. Tymczasem warto podsumować kilka ostatnich dni jedynej imprezy w Polsce, która na poważnie mierzy się ze współczesnym kinem gatunkowym. W tym roku postawiono bardziej na okolice kina grozy niż na rasowe horrory. W paru przypadkach, jak (podobno) znakomitej belgijsko-francuskiej „Allelui” Fabrice’a du Welza (której w całości nie udało mi się zobaczyć), czy japońskiego „R100” Hitoshiego Matsumoto okazało się to strzałem w dziesiątkę. Kiedy znakiem firmowym festiwalu jest jednak zwierz o rozdziawionym pysku, nie może być mowy o braku autentycznych „straszaków”.

Pod względem straszenia z pewnością nie zawiódł najbardziej promowany przez organizatorów jako „film z setką procentów pozytywnych opinii na Rotten Tomatoes” „Coś za mną chodzi”, Davida Roberta Mitchella. Drugi obraz reżysera, zwycięski tytuł z Austin Fantasic Fest, pokazywany w ramach tygodnia krytyki w Cannes, jest tworem z dziedziny celuloidowego koszmaru sennego. Tytułowe „coś” bardziej niż poczwarę z filmu Carpentera przypomina Kingowskie „TO!” – zło pierwotne, totalne, niezniszczalne, personalizujące się w różnych postaciach i wiecznie podążające za osobą, która przez kontakt seksualny z wcześniejszym „nosicielem” została skazana na wieczną ucieczkę, bezustanną walkę o życie, dopóki nie przekaże złego ducha pod pierzyną komuś innemu. Podobnie jak w opus magnum Stephena Kinga z tytułowym „czymś” mierzy się grupka nastoletnich mieszkańców suburbiów, którym śmiercionośna mara zmąciła letni czas spędzany na zbijaniu bąków. Klimat „Coś za mną chodzi” ma więc w sobie pierwiastki autentycznie niepokojące (czy
można wyobrazić sobie coś gorszego, niż niewidzialną dla świata, nieśmiertelną zjawę, skoncentrowaną tylko na tym, żeby nam odebrać życie?) i elementy odpowiednie dla młodzieżowego, wakacyjnego horroru. Arcydzielny pod względem operatorskim, ze świetnymi pomysłami inscenizacyjnymi, których nie powstydziłby się James Wan film Mitchella jest dla mnie numerem jeden festiwalu.

Kadr z filmu ''Coś za mną chodzi'' (fot. materiały promocyjne)

d4t7pr0

Dość ponurą atmosferę znajdujemy też w belgijskiej „Terapii” Hansa Herbotsa. Herbots zaadaptował książkę Mo Haydera o tym samym tytule i akcję przeniósł z Londynu początku obecnego wieku do współczesnej Belgii. Fabuła oscyluje wokół historii grasującego w pozornie spokojnej okolicy pedofila, spędzającego sen z oczu rodzicom, a w szczególności głównemu bohaterowi, policjantowi Nickowi. Wizualnie przeciętny, przypominający skandynawskie telewizyjnie thrillery film zaczyna wzbudzać niepokój nie w scenach kolejnego ataku złoczyńcy, ale gdy ukazuje skalę działań całej pedofilskiej siatki i pewnej bezradności organów bezpieczeństwa wobec nich. Summa summarum, „Terapia” jest filmem autentycznie nieprzyjemnym. Jeśli na seans wzięliście dziewczynę, zafundowaliście sobie z pewnością ostatnią randkę.

Kadr z filmu "Terapia" (fot. materiały promocyjne)

Rozczarował nowy obraz od Alexa de la Iglesii, twórcy pamiętnego „Dnia bestii” czy „Hiszpańskiego cyrku”. Hiszpański reżyser funduje rozrywkę na pewnym poziomie, ale poza czysto komercyjny charakter jego „Wredne jędze” nie wychodzą. De la Iglesia zawsze wkładał dużo energii w wizualny kształt swoich filmów – w najnowszej komedii z elementami fantastyki grozy zadowala się kliszowymi jazdami kamery oraz efektami specjalnymi kiepskiego sortu. Jego lekko baśniowej opowieści dobrze zrobiłyby też nożyce, bo w drugiej połowie film wyraźnie się dłuży.

Kadr z filmu "Wredne jędze" (fot. materiały promocyjne)

d4t7pr0

Producenckie cięcia nie skrzywdziły by też „Studni” Thomasa S. Hammocka, w klimacie bliskiej prezentowanemu drugiego dnia „Włóczędze”. Postapokaliptyczny western, w którym woda jest towarem na wagę złota, ma charyzmatyczną bohaterkę, której chce się kibicować. Szkoda tylko, że zadaniem heroiny przez większość seansu jest snucie się po pustyni i przyglądanie kolejnym masakrom bogu ducha winnych ludzi, a sprawy bierze w swoje ręce dopiero w ostatnim akcie.

Kadr z filmu "Studnia" (fot. materiały promocyjne)

Osobnym fenomenem festiwalu pozostaje dla mnie „R100” Matsumoto, prawdziwy masala movie, tematykę BDSM wsączający w melodramat ojcowski, łączący teledysk z kinem wuxia, kino akcji z horrorem, a nawet elementami dokumentu. Główny bohater, Takafumi Katayama jest związany kontraktem z tajemniczą firmą Bondage: spółka ta przez określony w umowie okres czasu podsyła mu dominy w najmniej spodziewanych momentach. Kiedy sytuacja wymyka się spod kontroli i Katayama próbuje się wycofać, jest już na to za późno; film skręca wówczas w surrealistyczne rejony, co spostrzegą widzowie i… cenzorzy, którzy okazują się jego bohaterami. Tytuł „R100” odnosi się bowiem do japońskiego systemu cenzorskiego i oznacza film dozwolony od lat 100. I tak z katalogu perwersji, dziwacznych pragnień i ekscentrycznych fantazji obraz Matsumoto zmienia się w satyrę na obowiązującą w Kraju Kwitnącej Wiśni osobliwą metodykę opiniowania filmów. Podobnych wolt jest jeszcze kilka.

Kadr z filmu "R100" (fot. materiały promocyjne)

Brakowało mi w tegorocznej edycji Black Bear hektolitrów krwi, flaków fruwających po ekranie i rozszarpywanych ciał. Brakowało podmuchu autentycznej grozy. Liczę, że w programie przyszłorocznej imprezy znajdzie się mniej przypadkowych filmów, a więcej gatunkowego mięcha. Czego organizatorom i sobie, jako widz i fan, serdecznie życzę.

Jacek Dziduszko

d4t7pr0

Podziel się opinią

Share
d4t7pr0
d4t7pr0