Trwa ładowanie...
d3dtnp0

"Kamerdyner": burzliwy romans z wielką historią w tle

Świat, którego już nie ma. Zakazana miłość wciągnięta w wir wielkiej historii. Losy trzech narodów na przestrzeni pięciu dekad. Nieznana, drastyczna zbrodnia zwana "Drugim Katyniem”. "Kamerdyner” to powieść, jakiej w Polsce od lat nie było.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
"Kamerdyner": burzliwy romans z wielką historią w tle
(Materiały prasowe)
d3dtnp0

Ona – niemiecka panienka z dobrego domu. On – kaszubski chłopak, który po śmierci rodziców trafia na wychowanie do pruskiego dworu. Ich miłość musiała być burzliwa. I była. Tak samo jak wielka historia, na której tle się rozegrała. Narastały konflikty między narodami, wybuchła I wojna światowa i kształt Europy uległ zmianie. Polacy mogli wreszcie świętować własną niepodległość, ale po krótkim czasie mieli znów ją stracić. Romans Mateusza Krolla i Marity von Krauss to opowieść niepodobna do innych. Złożona, pełna dramatycznych wyborów, ulotnych nadziei i cierpienia, ale przede wszystkim wierna faktom historycznym. Zarówno tym znanym powszechnie, jak i odkrywanym dla szerokiego grona czytelników po raz pierwszy przez autorów „Kamerdynera”.

Gajos opowiada o "Drugim Katyniu". Wstrząsająca historia, która dopiero teraz została pokazana w filmie

Postanowili oni w powieści przekazać więcej niż to było możliwe w filmie. Pogłębiają wątki poszczególnych bohaterów, sięgają do ich korzeni. Opisują między innymi losy Brunona Krolla, domniemanego ojca głównego bohatera. Wprowadzają też czytelnika głębiej w fakty z historii Polski, wydarzenia z międzywojnia, o których mało kto dziś pamięta. Zaskakują już na samym początku – inaczej niż film, książkę otwiera sekwencja rozgrywająca się w roku 1945. Do początku historii, czyli roku 1900, przechodzą później. „Kamerdyner” to powieść nietypowa także z innego względu. Stoi za nią aż czterech autorów. Nad opisaną historią pracowali latami. Paweł Paliński wraz z Markiem Klatem, Mirosławem Piepką i Michałem Pruskim, którzy są jednocześnie autorami scenariusza filmu, włożyli w nią wiedzę historyczną, talent i zbierane na Kaszubach opowieści.

d3dtnp0

Prezentujemy dziś wybrane fragmenty książki "Kamerdyner".

Kadr z polskiego filmu "Kamerdyner" w reżyserii Filipa Bajona Materiały prasowe
Kadr z polskiego filmu "Kamerdyner" w reżyserii Filipa Bajona

* 1911*

To nie był dobry rok dla Hermanna von Kraussa. Nieurodzaj i światowy kryzys dały mu się we znaki. Często więc odwiedzał Sławutówko i Albrechta von Belowa – trochę z zazdrości, a trochę licząc, że skapnie mu nieco dobrobytu. Von Below, krewny byłego kanclerza, jako pierwszy z junkrów w Prusach Zachodnich zaczął na wielką skalę hodować bydło i gdy przychodziło do interesów, również stosował realpolitik – był pragmatyczny do szpiku kości.
Hermann natomiast czuł, że niedługo do szpiku kości będzie spłukany. Przyjeżdżał więc, otwierali koniak i robił to, co ostatnio wychodziło mu najlepiej: narzekał. Albrecht zerkał wtedy znad kieliszka i pytał:
– Mój drogi Hermannie, powiedz mi, jest sens tak gardłować?
Hermann wracał stamtąd w dziwnym nastroju. Koniak go rozleniwiał, ale rozmowy z Belowem wyostrzały jego zmysł polityczny. Im bardziej Albrecht próbował łagodzić, tym goręcej von Krauss wyklinał na kanclerza, na posłów, na wojskowych. Układy z Anglikami zamiast twardego stanowiska. Porażka w sprawie Maroka – cały kraj oddany żabojadom w zamian za skrawek Konga! Z pewnością więcej miał do powiedzenia o sprawach światowych niż o handlu zbożem.
Jego serce biło szybko i równo, gdy roił sobie inną przyszłość – nie w majątku na prowincji cesarstwa, ale w zagranicznych poselstwach, może nawet w wojskowych placówkach. Spod półprzymkniętych powiek obserwował drogę. W oddali nad Puckiem krążył aeroplan.
Z tego, co słyszał, marynarka wojenna miała tam ustanowić stację badawczą i była to wiadomość o tyle ciekawa, że Hermann, trochę wstawiony, nagle zobaczył siebie chrzczącego pruski krążownik.
Wyciągnął zwiniętą pod pachą „Gazetę Gdańską”. Jego imię i nazwisko idealnie pasowałyby na pierwszą stronę każdej gazety.
Pod pałac zajechał więc w doskonałym humorze. Wbiegł po schodach i miał właśnie poszukać Gerdy, kiedy usłyszał śmiech dochodzący z izb dla służby. Przystanął, zapalił cygaro, zmrużył oczy i pomyślał znowu: czemu nie, czemu nie…
Zakradł się pod uchylone drzwi, czując, że staje się coraz twardszy, ale wtedy zauważył, że
pokojówki nie są same. Przy rozkręconej maszynie do szycia klęczał Bazyli i gęba mu się od opowiastek nie zamykała.
– Stara kobiecina sprzątała strych i znalazła zakurzoną butelkę – prawił wąsaty Kaszub. – Czyta, a tam na butelce napisane jest:
„Końjak… ”. Znacie to?
– Nie! – odpowiedziały dziewczyny chórem.
– No, to kobiecina schodzi ze strychu i mówi do dziadka:
„Dziadek, patrz, co znalazłam. Pełna butelka koniaku”. Dziadek na to: „Dawaj ją”. Wypili całą butelkę, poszli do łóżka i figlowali do rana. Rano dziadek mówi do babki: „Babka, co na tej butli napisali?”.
Babka przeciera butelkę do końca i czyta: „Koń jak nie może, to dać dwie krople na wiadro”.
Pokojówki zachichotały. Hermann też nie wytrzymał i stanął w drzwiach, rechocząc.
– Mówisz, Miotke, dwie krople na wiadro?
Bazyli uśmiechnął się pod wąsem.
– Jak na jaśnie pana, to i kropeleczka by wystarczyła…
Hermannowi nie przeszkadzał zuchwały ton.
– Powitać, Miotke.
– Pochwalony.
Pokojówki wstały i skierowały się do drzwi. Hermann porozumiewawczo mrugnął do jednej z nich. Dziewczyna schowała głowę w ramionach. Tylko Bazyli nadal czyścił szmatką część maszyny.
– I co wy tu piszecie, Miotke? – hrabia rozgiął trzymaną w rękach gazetę. – Czytam, że…
– Ja? Ja nic nie piszę.
Hermann potrząsnął mu „Gdańską” przed nosem.
– Ale wozicie to gówno. Rozdajecie.
Bazyli wyprostował się i wysiąkał nos w szmatkę.
– Wolno mi… jak cenzura pozwala, to mi wolno. To przecież państwo prawa jest.
– „Gazeta Gdańska” jest polska, a ty Kaszub. W Prusach mieszkasz.
– Na wyścigach lepiej obstawić dwa konie. Jaśnie pan też po polsku, widzę, czyta.
– Czytam, że Niemcy grunty kaszubskie skupują.
– My chyba najlepiej wiemy, jak to jest. Mało jaśnie panu gruntów naraiłem? Będzie tego z pięćset morgów, jak nic! I to tylko w tym roku! A Junge w domu Brunona, to co? Junge to Niemiec…
– Przecież się zgodziłeś. Pytałem cię. Dom był pusty. Junge nie miał gdzie się podziać. Tyle czasu minęło, a ty wciąż do tego wracasz.
Bazyli nie zaprzeczył. Gdy hrabia powiadomił go, że w chałupie po Krollach zamierza osiedlić nauczyciela, Paula Jungego z rodziną, Miotke nie oponował. Dom i tak poszedłby na zmarnowanie,
a był przecież dobry, murowany. Ale wyniknęły z tego same kłopoty.
Okoliczni się wzburzyli, że von Krauss Niemcowi daruje najlepsze obejście, a Miotke, który niby tak Prusaków nienawidzi, od razu się zgadza, gdy jaśnie pan coś każe. Nic nie pomogły tłumaczenia, że dzieciakom potrzeba edukacji i że nie ma co dzielić ludzi według narodowości. A jakby tego było mało, Junge okazał się niewdzięczną kanalią i tłukł uczniów bez opamiętania za wszelką niesubordynację. Do tego stopnia, że musiała interweniować u niego sama hrabina.
– Ja Kaszubów nie przekupuję – ciągnął tymczasem Hermann. –No chyba że ciebie.
– To tylko renty od gruntów, co dla hrabiego zbieram. Interes to interes.
– No, właśnie! A co ja czytam?
Hermann rozłożył gazetę, przybierając teatralną pozę.
– „Bracia! Zaklinamy was na prochy dziadów i ojców waszych, zaklinamy was w imię wiary waszej świętej, zaklinamy was na pamięć potomstwa waszego i całego naszego społeczeństwa, wzywajcie wobec Judaszów Boga na pomoc…”.
Potem rzucił gazetę na stół i wprawnie złożył ją na blacie w jakąś figurę.
– Kogo ty, Miotke, zaklinasz. Czarownik jesteś? – zaśmiał się szyderczo.
– Każdy broni swego, jak umie.
– Ale przy okazji w pysk można dostać.
– Jaśnie pan to mówi?
– Szkoda was, Miotke. U Singera mam znajomości.
– Ja też u Singera mam znajomości. W Berlinie mieszkałem.
– W Moabicie. W kryminale.
– I w Moabicie również. Widzi pan, hrabio, różnica między nami jest taka, że szprechania Kaszubów nie chcecie zrozumieć. A my waszą szwabachę rozumiemy. To kto jest na górze?
– Z wami tak zawsze. Na huśtawce. Gdyby nastali tu Polacy, to swoimi urzędy obsadzą. Pogonią Kaszubów. Wspomnisz moje słowa. Chociaż… oby nie. Patrz!
Pokazał Bazylemu dużą strzałę zrobioną z gazety.
– Papier lekki, łatwo poleci.
Hermann podszedł do otwartego okna i wypuścił złożoną kartkę.
– Na szachy wieczorem zapraszam – mruknął po dłuższej chwili.
– Oczywiście jak żona wam pozwoli.
– Spytam. Ale zaczynam białymi.
Hermann pogroził Bazylemu palcem i wyszedł.
Przy pałacowej ścianie pasł się ciężki traken zaprzężony do furmanki. Na wozie Cygler z Formelą rozpakowywali nową maszynę do szycia. Towarzyszyła im Marita. Mięła w dłoniach kartkę,
którą niespodziewanie włożyła koniowi za uzdę. Spokojny do tej pory traken szarpnął. Formela, ratując się przed upadkiem, zeskoczył na ziemię i wyjął papier. Gdy go wyprostował, okazało się,
że trzyma w dłoniach kawałek „Gdańskiej”. Popatrzył na Maritę z przyganą.
– Po co to panienka bierze do rąk?
Marita wzruszyła ramionami.
– Nie dla panienki lektura… – pouczał Formela.
Cygler zaczął się głośno śmiać. Odrzucił na bok ciężką, końską derkę, pod którą piętrzył się stos takich samych gazet.
– O, mam i dla ciebie, Formela. Tylko w wychodku czytaj, bo się zesrasz ze strachu.
– Ja czytam „Danziger Neueste Nachrichten” – próbował wyjść z twarzą Formela. Czerwony z poniżenia, demonstracyjnie usiadł na stołku, wyjął z sakwy niemiecki dziennik i zaczął pilnie studiować tekst. Wojciech wzruszył ramionami i też zabrał się za czytanie gazety. Tak obu zastała Gerda.
– A wy roboty nie macie? – spytała. – Co tam czytasz, Cygler?
– „Gazetę Gdańską”. Po polsku.
– A ty, Formela?
– „Danziger Neueste Nachrichten”.
– Po niemiecku?
– A jak?
– A jak był spis ludności, to jaki język wpisaliście?
– Niemiecki i polski – pewnie odpowiedział Cygler.
– Ja też: niemiecki i polski – dodał po chwili wahania Formela.
– A w jakim języku się kłóciliście?
– Po kaszubsku! – odpowiedzieli niemal jednocześnie.
– No tak, prawdziwa wieża Babel. A maszyna niewniesiona, Formela!
– Nie moja wina. To Bazyli… – bronił się nieporadnie Józek.
– Bazyli swoją maszynę naprawił. A wy mieliście tę wnieść do sieni! Marita, idziemy. Zbudujemy wieżę Babel z klocków.
Wściekły Formela wstał, wszedł na wóz i zaczął odgrażać się Cyglerowi:
– A z tobą się policzę! Przez ciebie podpadłem.
– Boś głupi – wzruszył ramionami Wojciech.

Materiały prasowe

1918

Major Hermann von Krauss. Major Hermann von Krauss, dowódca 12 Rezerwowego Pułku Piechoty. Głos rozsądku w sztabie generalnym II Rzeszy. Major von Krauss, który forsował zdanie, że wojna trwa zbyt długo. Wykrwawia naród. Że należy szukać nowej broni.
Major Hermann von Krauss wracał do Starzyńskiego Dworu jako pułkownik.
Chłopi skończyli już zbiory i uśpione jesienią zabudowania wsi majaczyły na wyciągnięcie ręki. Hrabia nie widział jednak skoszonych pól ani gospodarczych budynków, przed którymi stały puste
furmanki. Nie widział ptaków kołujących nad ugorami, najemnych robotników wracających poboczami do domu ani tych, którzy kręcili się wciąż po folwarkach za pracą.
Pułkownik Hermann von Krauss zapłacił za awans wysoką cenę. Rozłożony na kanapie powozu, zagryzając pistacje, raz po raz dotykał czarnej przepaski na oczach. Materiał go drażnił; wyczuwał w nim, choć to niemożliwe, smród chloru. A gdy tylko słyszał szpaka, gwizdał, nawołując:
„Zaśpiewaj Rawka! Zaśpiewaj Bzura!”. Gdyby tylko wiatr nie zmienił kierunku, myślał. Wytrułbym tych Rosjan. Jak robaki.
– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – usłyszał nagle po kaszubsku i wyprostował się zaskoczony. Znał ten głos.
– Stangret! – krzyknął. – Miotke? Miotke? Żyjesz?
Bazyli podszedł do powozu i serdecznie ścisnął hrabiego za ramiona.
– Czasy się zmieniają hrabio, a ja jak zwykle na piechotę i coś targam na grzbiecie, podczas gdy jaśniepaństwo na kołach się toczy. Hermann odwrócił głowę w stronę Bazylego, rękami tnąc nieporadnie powietrze.
– Powitać, panie von Krauss.
– Dawno wróciłeś?
– Ze stacji idę. Pan też z frontu?
Powóz powoli ruszył, a Bazyli maszerował obok.
– Z sanatorium. Ale wcześniej w lazarecie swoje przeleżałem
– Hermann wskazał palcem na czarną przepaskę. – Gaz. Jedno oko diabli wzięli, ale drugie uda się uratować. Coś tam widzę. Urwał, machnął ponownie ręką i namacał ubranie Bazylego.
– Bez munduru? – zdziwił się.
– Mundur rewolucja zdjęła…
– Rewolucja? – Hermann zaśmiał się pod nosem.
– Mogłem przyjść z czerwoną flagą, ale pomyślałem, że to głupie.
– Nic się nie zmieniłeś, Miotke. Cieszysz się, że Niemcy przesrały.
– Cieszę się, że cały do domu wracam.
– A że Prusy tyle ziemi stracą? Że cesarz zostanie oskarżony? Bazyli odpowiedział na powitania stojących na poboczu chłopów i wrócił do rozmowy:
– Nie moje terytoria, nie mój cesarz. Do siebie wracam i widzi mi się, że długo już tu Prusy się nie ostaną.
– Fantazje.
– A słyszał hrabia, że Rada Regencyjna w Warszawie ogłosiła niepodległość i wzięła zwierzchność nad wojskiem?
– Ech, Miotke, Miotke. Ile to potrwa, ta komedia? Są narody, które muszą żyć z nożem na gardle, bo same się rządzić nie potrafią. Smutne, ale tak jest.
– Powiedział pan, że wojnę przesraliście. Kto dziś ma nóż na gardle?
– Przerżnęliśmy… cóż robić. Karta nie szła.
– Ale się cieszę, że pan hrabia przeżył. Słyszał jaśnie pan o planie prezydenta Wilsona?
– Nie.
– Powinien się pan hrabia dowiedzieć.
Hermann wzruszył ramionami.
– Co teraz będziesz, Miotke, robił?
– Do żony się śpieszę.
– Nie o tym mówię. Europa w ruinie. Nie wiem, czy Singer się utrzymał.
– Mam co robić.
– Jak dawniej: knuć, spiskować? Jest ku temu klimat.
– Przecież powiedziałem, że bez czerwonej flagi wróciłem.
– Jak dojdę do siebie, to przyjęcie wydam. Całą wieś zaproszę. Będziecie, Bazyli? W intencji mojego zdrowego oka – pokazał.
– Jak mnie żona puści.
– Koniecznie z żoną.
– Do zobaczenia zatem – Bazyli trzepnął konia w zad.
Powóz hrabiego turkotał dalej. Minął las, a potem pola poszarzałe po horyzont. Hermann wdychał powietrze pełną piersią. Spotkanie z Bazylim napełniło go czymś. Sam nie wiedział czym. Swojskością? Do domu wrócił, do żony się spieszy. Tak powiedział. A gdzie ja wracam, pomyślał hrabia. Do czego, do kogo wracam? Dotknął czoła i poczuł, że jest rozpalone. Od pogody, przekonywał sam siebie, od wiatru. Opadł na oparcie i zaczął słuchać. Jego uszu dobiegł szum gubiących liście drzew. Przypominało to równomierny szelest kos. Wyobraził sobie chłopów przesuwających się powoli w jasnym życie. Wyobraził sobie kobiety i wiejskich chłopców wiążących zżęte zboże w snopy. Minęły go te żniwa, tak jak on czymś innym pochłonięty mijał teraz stojącą na skraju pola bryczkę, z której przyglądała mu się Gerda. Stangret nie zauważył hrabiny, a ta celowo przesunęła się w cień. Dopiero po kilku minutach skierowała się w stronę pałacu. Wolno, jakby z ociąganiem. Za to u Miotków radości nie było końca. Urszula na zmianę to
się śmiała, to płakała ze szczęścia. Pod wieczór postanowili pójść na spacer. Szli przez łąkę za Kłaninem, trzymali się za ręce. Doszli do miejsca, z którego widać całą okolicę – Kłanino, Starzyno i dalej Starzyński Dwór. Wdrapali się na wzniesienie. Bazyli przystanął i się przeżegnał.
– Na ten widok czekałem.
– Wiem… Ale nie jestem pewna, czy się ucieszysz.
Bazyli spojrzał zaniepokojony.
– Coś z nami?
– A uderz ty się kamieniem w łeb.
– To co?
– Mateusz i Marita chyba mają się ku sobie…
– Zawsze plotki. Tyle milionów zginęło, a w Kłaninie plotki.
Bazyli patrzył milcząco na wsie.
– A może to nieprawda, co ludzie mówili o Łucji i Hermannie? – powiedziała Urszula, nie dowierzając we własne słowa.
– Mówiłaś komuś?
– Tylko tobie mówię.
– Tego się trzymaj. Tyle widziałem gówna na świecie, że może choć w tym jest jakieś odkupienie… Bóg wie, co robi.
Spojrzał zalotnie na Urszulę.
– A teraz mi pokaż, jak ty się za mną stęskniłaś.

Materiały prasowe

Autorzy: Marek Klat, Paweł Paliński, Mirosław Piepka, Michał Pruski
Wydawca: Wydawnictwo Agora

d3dtnp0

Podziel się opinią

Share

d3dtnp0

d3dtnp0