Trwa ładowanie...
d3qz333

Odpoczniesz po śmierci

Żyć szybko, umrzeć młodo i zostawić po sobie przystojnego trupa – niepisane credo udręczonych muzycznych legend dawno już straciło na aktualności.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Odpoczniesz po śmierci
(Gutek Film)
d3qz333

Dziś w modzie są taśmy. Tam trup nie tylko jest przystojny, ale... wciąż żywy. Dowodem na to dziesiątki, setki godzin nagrań. Często prywatnych. Intymnych. Niedostępnych. Przynajmniej do czasu, gdy nie zainteresuje się nimi jakiś dokumentalista.

Kamera towarzyszyła jej na każdym kroku. Na scenie i na ulicy. W studiu i na planie. W domu i knajpie. W chwilach największych triumfów i, z czasem coraz częściej, największych upokorzeń. Ale zanim obiektyw stał się zaciekłym wrogiem, bezlitośnie dokumentującym jej upadek, potrafił być też przyjacielem, cichym i niezauważonym obserwatorem, obecnym w chwilach wielkiej intymności. Dzisiaj, cztery lata po śmierci Amy Winehouse, dzięki wysiłkowi dokumentalisty Asifa Kapadii, ten nieznany dotąd (lub po prostu: zapomniany) wizerunek kruchej, szczęśliwej i spełnionej artystki zostaje niejako odzyskany i na nowo zakodowany w masowej świadomości – biograficzny dokument zatytułowany po prostu "Amy" trafił właśnie do kin. Starym nagraniom, z których brytyjski reżyser wyłuskuje jej młodzieńczą niewinność, pasję i nieposkromioną energię, towarzyszą te z późnego etapu jej kariery, gdy media i fani nie odstępowali jej na krok. By zmontować z nich spójną i rzetelną opowieść, Kapadia przejrzał setki godzin nagrań, często niepublikowanych.

d3qz333

Tu obraną technikę wskazuje już tytuł, po polsku oznaczający tyle, co "zbiór cholerstwa", a odnoszący się do improwizowanych, eksperymentalnych taśm nagrywanych w młodości przez Kurta Cobaina, na których wczesne próbki jego muzyki mieszały się z fragmentami rozmaitych nagrań, od The Beattles, po Butthole Surfers. Taśmy te, znane dziś głównie zapalczywym kolekcjonerom nieoficjalnej twórczości Cobaina, były rodzajem wyznania, ogniskującym w sobie wszystkie obsesje i ambicje młodego muzyka. Podobną rolę pełni dziś film. Grzebiąc w – znów: nieznanych i niepublikowanych – nagraniach, dokumentalista Brett Morgen zebrał tę część
Cobainowskiego "cholerstwa", która pozwoliła mu zdefiniować go jako muzyka i człowieka.

fot. Gutek Film

Nie jest przypadkiem, że oba te filmy – "Amy i "Montage of Heck" – doceniane przez publiczność i prasę, zrealizowane tą samą metodą, święcą triumfy w tym samym czasie. W dobie popularności nurtu found footage, który przedefiniował kino grozy, czyniąc jego doznawanie bardziej namacalnym i autentycznym, akcentowanie lub pozorowanie prawdziwości zdarzeń zyskało na wartości. Kino dokumentalne to dla tego trendu oczywisty kolejny przystanek – bo choć realizm wpisany jest w nie już u podstaw, to pozbawienie przekazu jakiegokolwiek dodatkowego komentarza z pewnością go zwiększa.

d3qz333

I choć zarówno w "Amy", jak i "Montage of Heck" taki komentarz się pojawia, to inaczej niż zazwyczaj, jest on tylko nienachalnym dodatkiem do zgromadzonego materiału archiwalnego. Oglądając tak skonstruowany film nie sposób nie odnieść wrażenia, że oto granica dokumentu jako gatunku filmowego została przekroczona, a my trafiliśmy bezpośrednio do świata głównego bohatera/bohaterki. Razem z Winehouse jesteśmy na przyjęciu urodzinowym przyjaciółki, razem z Cobainem spędzamy kolejne godziny w zamkniętym pokoju hotelowym, z obojgiem wygłupiamy się za kulisami.

Cobain i Winehouse dobrze ten typ dokumentalizmu obrazują, a fakt iż filmy, których są bohaterami, doczekały się swojej premiery w podobnym czasie, mocno ich do siebie zblża. I choć na pierwszy rzut oka skojarzenie punkowca z robotniczego miasteczka na północy USA z owładniętą bluesem diwą z Londynu wydaje się mocno naciągane, to w rzeczywistości Cobaina z Winehouse wiele łączy. Oboje umarli w wieku 27 lat, zasilając szeregi nieformalnego Klubu 27 (do którego należą także m.in. Jimi Hendrix, Janis Joplin i Jim Morrison), oboje byli muzycznymi objawieniami swojej epoki, oboje przybierali maski w kontaktach ze światem zewnętrznym, a jako chorobliwi introwertycy coraz słabiej radzili sobie z presją sławy, od której nieustannie, desperacko szukali ucieczki.

Kino kocha tragiczne, przejmujące historie przedwcześnie zmarłych legend muzyki bardziej niż innych gwiazd. To zrozumiałe, bo muzyk, w przeciwieństwie do np. aktora, całe swoje życie podporządkowuje uzewnętrznianiu własnych traum i obsesji, znajdujących odbicie w nieskończonej ilości tekstów i wystąpień. A jednak z jakiegoś powodu aż do teraz nie potrafiono o nich należycie opowiadać.

"Sid i Nancy" Alexa Coxa z 1984, "The Doors" Olivera Stone'a z 1991, "Selena" Gregory'ego Navy z 1997, "Control" Antona Corbijna z 2007, "Notorious" George'a Tillmana Jr., a z rodzimych dokonań "Skazany na bluesa" Jana Kidawy-Błońskiego z 2005 czy "Jesteś Bogiem" Leszka Dawida z 2012 – to sprawne, dobrze opowiedziane historie, z wyrazistym bohaterem, dramaturgicznym rozmachem i wieloma interesującymi wątkami, ale jednak... wciąż ulegające prostemu i niewystarczającemu schematowi o rozdarciu pomiędzy tożsamością właściwą a tą "nabytą" poprzez sukces komercyjny bądź artystyczny. Zrealizowany według takiego założenia film fabularny spełnia swoją rolę tylko połowicznie, oferując umowny obraz artysty, ale nie potrafiąc oddać targających nim emocji.

d3qz333

I choć może się wydawać, że jest to zarzut uniwersalny, który łatwo odnieść także do filmów o wielkich politykach, filmowcach czy postaciach autentycznych w ogóle, to w tym konkretnym przypadku – czyli opowieści o nagle i w pewnym sensie świadomie przerwanym życiu – ma on szczególne znaczenie. Oglądając Abrahama Lincolna w niedawnym eposie Stevena Spielberga nie musimy się zastanawiać, czy wypowiadane przez Daniela Day-Lewisa kwestie na pewno wypowiedział za życia prawdziwy Lincoln. Takie filmy opowiadają raczej o czasach, niż ludziach. Nie roszczą sobie prawa do rekonstrukcji. Rysując jednostkę, ograniczają się do pewnej syntezy jej zachowań, nie tworzą wiarygodnego portretu psychologicznego. W przypadku postaci historycznych, od których dzielą nas dziesiątki lat lub wręcz całe stulecia, nic więcej często nie jest to możliwe. Potrzebny jest skrót, uproszczenie. Ale gdy mamy do czynienia z postacią współczesną, zwłaszcza tą korzystającą z dobrodziejstw i przekleństw medialnego zgiełku, kontekst się zmienia.
O muzyku, który 20 lat wcześniej popełnił samobójstwo nie wystarczy powiedzieć, że był głosem pokolenia, którego zabiła jego własna popularność. Trzeba wedrzeć mu się pod skórę i zapytać o powody.

fot. Gutek Film

Decydując się na taki krok, twórcy "Montage of Heck" i "Amy" nie byli jednak pierwsi. Za prototyp tego typu dokumentalizmu wypada uznać "Don't Look Back" D.A. Pennebakera, powstały w roku 1967, a poświęcony sylwetce młodego Boba Dylana. Pennebaker, dokumentalista, który z zapałem uwieczniał w swoich filmach muzyczną scenę lat sześćdziesiątych, zdecydował się na prawdziwe cinéma-vérité– kino podglądackie, pozbawione komentarza i tezy. Efektem tego biograficzny fresk, który ukazał muzyka takim, jakim wówczas był – bez upiększeń, czego przykładem obecność scen takich, jak ta z dziennikarzem Horace'em Freelandem Judsonem, wyśmianym przez Dylana, czy Alanem Price'em z The Animals, któremu przerwał występ. I choć nie mamy tu do czynienia z portretem przedwcześnie zmarłego muzyka, to właśnie ten, z dzisiejszej perspektywy szczątkowy, film biograficzny stoi u źródeł przedsięwzięć takich, jak "Amy" czy "Montage...".

d3qz333

Oczywiście później jeszcze parokrotnie realizowano filmy w tej technice, a jednym z najznamienitszych tego przykładów jest dokument "Imagine: John Lennon" Andrew Solta, zrealizowany 8 lat po jego śmierci. Solt – podobnie, jak później Morgen i Kapadia – przejrzał 240 godzin prywatnych nagrań, by skleić z nich intymny portret muzycznego rebelianta, który w walce o ideały nigdy nie składał broni.

fot. Filmostrada

Prawdziwym przełomem okazał się jednak dopiero nominowanyc do Oscara "Tupac: Resurrection" Lauren Lazin z 2003, który jako pierwszy z wymienionych odniósł tak duży sukces komercyjny i artystyczny. Reżyserka dotarła do nieznanych audio-dzienników Tupaca Shakura i połączyła je z fragmentami medialnych wystąpień, archiwalnych nagrań i niepublikowanych taśm.

d3qz333

Film Lazin powstał w nowych, interesujących czasach, kiedy wizerunek artysty kreowany jest bez jego udziału. Stąd ciekawy rozdźwięk – narracja Shakura zdradza jego inteligencję, wrażliwość i bezinteresowność, wskazując, że był człowiekiem o silnie określonych poglądach, podczas gdy sam przekaz medialny umieszcza go w kontekście awanturującego się celebryty i bandziora. Lawirując pomiędzy prywatnymi nagraniami i oficjalnymi fragmentami programów informacyjnych, Lazin szkicuje portret artysty spętanego własną popularnością – przeklętego, zakneblowanego, poddanego fałszywemu osądowi.

fot. Filmostrada

Morgen i Kapadia idą tropem pozostawionym przez Lazin. Założenie jest to samo – przemieszać intymność z ostentacyjnością; to co niedostępne z tym co pozornie znane. To rozwiązanie wciąż działa. Trudno przejść obojętnie obok nagrania z urodzin przyjaciółki, której Amy Winehouse odśpiewuje "Happy Birthday" czy pierwszych prób nagraniowych hitu "Back to Black", podobnie jak trudno jest zignorować nagrania z Cobainem i Courtney Love, na haju nagrywającymi straszno-śmieszne taśmy z maleńką córeczką. To dwa krańce funkcjonowania na medialnym świeczniku – błoga nieświadomość i zawstydzająca ruina – których strzępy wciąż są łakomym kąskiem. Dla mediów, dla mas i dla... każdego z nas. Konkluzja tego rodzaju dokumentalizmu jest bowiem tyleż przewrotna, co oczywista – pochylając się nad losem muzycznych idoli, przebijając się przez medialny zgiełk, by sięgnąć po ich prawdziwe "ja", uczestniczymy w procesie ich eksploatacji.

Piotr Pluciński

d3qz333

Podziel się opinią

Share
d3qz333
d3qz333